środa, 29 stycznia 2014

Co można zyskać na cofaniu się?

W czerwcu 2003 roku Piotr Kaczkowski pytał Steve'a Hacketta o możliwość reaktywacji Genesis w tak zwanym klasycznym składzie. To możliwe, choć nie sądzę by było prawdopodobne - odpowiedział gitarzysta. - Przecież każdy (muzyk Genesis, przyp. MN) robi kwitnącą karierę poza tym szyldem.To tak jakby ktoś chciał  zestawić cyrk Monty Pythona z grupy znanych już komików. (...). Czy odnowi się Led Zeppelin, czy żyjący muzycy grupy The Beatles reaktywują szyld? Nikt nie wie, szklana kula. (...) Co można zyskać na cofaniu się? Myślę, że muzycy powinni iść do przodu.

Minęło przeszło dziesięć lat od tamtej rozmowy. W międzyczasie reaktywowały się trzy z czterech wymienionych wówczas szyldów. Led Zeppelin zagrali koncert w roku 2007, podobnie jak Genesis, zespół Hacketta, powołany do życia koncertowego, ale ostatecznie bez Steve'a. Nawet Monty Python zebrał się raz jeszcze. Co można zyskać na cofaniu się? Genesis w 2007 roku zagrali około pięćdziesięciu koncertów dla ponad półtora miliona ludzi. Gdyby podwoili ilość występów, dotarliby bez trudu do kolejnego miliona słuchaczy. Led Zeppelin zagrali jeden raz dla osiemnastu tysięcy widzów, ale chciało ich zobaczyć, bagatela, dwadzieścia milionów! Bilety na występ reaktywowanych w ubiegłym roku "pajtonów" jak donosiły media sprzedały się w 43 i pół sekundy. Liczby nie kłamią, a te przytoczone tutaj mówią wyraźnie, co można zyskać na cofaniu się...

Hackett też to zrozumiał. Czekał dziesięć lat na możliwość cofnięcia się. Najpierw, w 2012 roku, nagrał płytę z repertuarem Genesis "Revisited II", a następnie zorganizował prezentację tego materiału na żywo. DVD "Live At Hammersmith" to zapis londyńskiego koncertu z ubiegłego roku.

Pierwsze od początku lat 80' pojawienie się na listach bestsellerów i pełne (niemałe) hale koncertowe odpowiedziały zapewne Steve'owi, co (a może raczej ile?) dokładnie można zyskać na cofaniu się.

Nie zamierzam dokuczać Hackettowi, pisać złośliwych bzdur o jego artystycznej kapitulacji, niekonsekwencji, czy odgrzewaniu kotletów. Wszyscy muszą z czegoś żyć, a każdy kto choćby pobieżnie zapoznał się z twórczością zespołu Genesis wie, że na płytach z lat 1971-77 żadnych kotletów nigdy nie było... więc smrodek odgrzewanego "towaru" w tym przypadku nikomu nie grozi. Times were hard - śpiewał kiedyś Phil Collins o "muzycznej księżnej", której już nikt nie chciał słuchać. Hackett niewątpliwie należy do "progresywnej" rodziny "królewskiej", ale spadek zainteresowania publiczności nie dotyczy przecież tylko jego. Problem polega na tym, że świat obecnie chłonie muzykę w taki sposób, jakby tak naprawdę nikt nikogo nie chciał już słuchać. Trend ustala przeciętny konsument (bo już nawet nie słuchacz), taki światowy odpowiednik naszego rodzimego inżyniera Mamonia, więc siłą rzeczy najlepiej sprzedają się (oprócz produktów muzyczno-podobnych) wszelkiego rodzaju reaktywacje, plagiaty i autoplagiaty, bo "przecież" lubimy tylko te piosenki, które już znamy. Nie ma się co śmiać z Hacketta, bo choć robi skok na kasę nagrywając niemalże dźwięk w dźwięk te same utwory, co czterdzieści lat temu, i montuje najzwyklejszy w świecie coverband własnego ex-zespołu, to i tak robi to z dużą klasą.

Po pierwsze trafił w wielką, niewytłumaczalną lukę dyskograficzną. Do dziś zachodzę w głowę, jak to się stało, że zespół Genesis nie dorobił się wydawnictwa koncertowego podsumowującego dorobek okresu z zamaskowanym Gabrielem przy mikrofonie. Ostatnią przekrojówką jest bootleg DVD z 1973 roku, na którym można zobaczyć koncert promujący album "Selling England by the Pound". Ciekawa rzecz, ale niewyczerpująca tematu. Rok później (1974) do sklepów trafił koncept album "The Lamb Lies Down on Broadway", który zespół wykonywał na koncertach w całości, co sprawiło, że tamte występy nie prezentowały już przekroju materiału... rok później w zespole nie było już Gabriela. Nawet kiedy trzydzieści lat później rozmawiano o reaktywacji grupy w klasycznym składzie, planowano koncertowe wykonanie "The Lamb", co było kompletnie bezsensu, bo po pierwsze ten materiał nigdy w całości nie bronił się na żywo, a po drugie, takie podejście do sprawy, znów wykluczyłoby z repertuaru kilkadziesiąt minut naprawdę genialnej muzyki (choćby "Firth of Fifth", "Watcher of the Skies", "The Musical Box", nie wspominając o legendarnym "Supper's Ready"). Tak jakby zespół nie do końca zdawał sobie sprawę, jak fantastycznym repertuarem dysponuje. Hackett najwyraźniej zdał sobie z tego sprawę, bo odważnie sięgnął po najlepszy materiał z całego okresu swojej bytności w Genesis (za "The Lamb nigdy nie przepadał). Na prawie trzygodzinny koncert składa się swoisty "the best of" Genesis lat 70', jakiego jeszcze nigdy "nie grali".

Po drugie, Hackett po raz kolejny potwierdził, że jest świetnym selekcjonerem muzycznym i nauczycielem. Jego coverband to maszyna, która wykonuje nawet najtrudniejsze i najbardziej pogmatwane utwory Genesis z największą precyzją. Roger King to replika Tony'ego Banksa, a genialny Gary O'Toole to człowiek o potencjale wykonawczym zbliżonym do Phila Collinsa. Z taką dwójką za plecami, Steve ma prawo czuć się bezpiecznie grając nawet "Supper's Ready" w całości. Co tu dużo mówić, wykonania są niemalże bezbłędne i nawet jeśli Hackett dokonywał jakichś drobnych korekt już w studiu, to i tak wypada się nisko ukłonić muzykom. Nie ciągałby ich po świecie, gdyby nie potrafili tego wszystkiego zagrać choćby w 90 % tak dobrze, jak na płycie.

Trzeci atut to brak zmian aranżacyjnych. Wszystkie utwory zagrane są niemalże w idealnej zgodzie z oryginałami. Jeśli już słyszymy jakąś drobną korektę, to zwykle na korzyść utworu. Prawda jest taka, że np. świetne "Fly on a Windshield" i "Broadway Melody" nigdy nie brzmiały tak potężnie i poruszająco, jak tutaj z wokalem wszechstronnego Gary'ego O'Toole'a. Zespół sięga też szczytów wykonawczych we fragmentach instrumentalnych "The Musical Box" i "Supper's Ready" (wyborna "Apokalipsa na 9/8"!).

Jeśli chodzi o słabostki - nie do końca przekonują mnie wokale, ale umówmy się, tragedii nie ma, a siłą twórczości Genesis zawsze było to, co dzieje się "pod wokalem". Poza tym kilka utworów śpiewanych przez O'Toole rekompensuje wszystko. Jego wykonanie "Blood on the rooftops" jest chyba nawet lepsze, niż oryginał Collinsa.

Reasumując. Skoro już nadeszły czasy coverbandów, ten Hacketta jest naprawdę wart zainteresowania. DVD z Hammersmith potwierdza, to co sygnalizowała płyta "Genesis Revisited II". Hackett ze swoimi kompanami potrafi wskrzesić duchy Genesis z lat 70. Jeśli tak wyglądają obecnie jego koncerty, warto podjechać 5 maja do Zabrza, by to wszystko zobaczyć i usłyszeć na żywo. Na cofaniu się czasami można zyskać... jeśli jest po co się cofać.






wtorek, 28 stycznia 2014

Pierwsze genesisowe wspomnienia... tego jeszcze nie grali.

W 2007 roku ukazała się książka Łukasza Hernika "Genesis. W krainie muzycznych olbrzymów", która w dużym stopniu wyczerpuje temat kariery i dorobku artystycznego tej grupy. Można rzec - biografia kompletna, jakiej próżno szukać nawet poza Polską. Pamiętam jednak recenzję tej pozycji, w której dziennikarz, doceniając pracę wykonaną przez Hernika, dopatrzył się pewnej (rzekomo) słabości. Chwaląc szczegółowe opisy tras koncertowych, roszad składu grupy i analizy kolejnych albumów, zapytał wreszcie, nieco ironicznie i retorycznie - czy ci muzycy mieli jakieś życie prywatne?

No i faktycznie, jakby przejrzeć książkę Hernika, to historyjek spoza studiów nagraniowych i sal koncertowych jest tam niewiele. Nic w tym jednak dziwnego. Format tamtej biografii został jasno sprecyzowany. To miała być książka o artystycznych losach zespołu Genesis. Sprawy prywatne zostały zmarginalizowane i ograniczone do tych, które ściśle wiążą się z działalnością grupy (vide pierwszy rozwód Collinsa). Książek o Genesis i muzykach związanych z tym zespołem krąży po świecie już kilkadziesiąt, ale większość z nich swoją strukturą przypomina raczej prace Łukasze Hernika (i dobrze, bo to twórcze środowisko, które należy pamiętać przede wszystkim przez pryzmat dokonań artystycznych). Ale prywatne losy członków Genesis także nie są nudne. I choć w większości brak w nich pikantnych wątków romansowych, czy typowych przygód pod hasłem "sex, drugs and rock & roll", to i tak trudno nazwać je banalnymi. Jeśli ktoś ma już dosyć książek rozkładających kolejne progresywne dzieła przebojowych rockmanów na części pierwsze, wieść o brytyjskiej premierze autobiografii "Living Years" powinna go ucieszyć. Oto nadeszła bowiem pierwsza książka, która rzuci na historię Genesis nieco inne, bardziej prywatne, osobiste i emocjonalne światło. Na spisanie własnych wspomnień dał się namówić założyciel  zespołu i jeden z jego filarów - basista, gitarzysta i kompozytor Mike Rutherford. "The Living Years" to pierwszy "genesisowy memoir".

Dopiero zacząłem lekturę, więc na oceny i recenzję jest zbyt wcześniej, ale po zapoznaniu się z przedmową i sporym fragmentem pierwszego rozdziału mogę powiedzieć, że jest to książka, która myślenia o Genesis raczej nie przeformatuje, ale na pewno porządnie rozwinie ciekawe wątki prywatne, które w innych książkach zostały tylko zasygnalizowane. Już sam fakt, że Mike szczerze i bogato pisze o własnym ojcu, z którym podobno żył nieco skonfliktowany, daje nadzieję, że "Living Years" okaże się nie tylko ciekawym uzupełnieniem genesisowej biblioteczki. Zobaczymy na jaką szczerość względem swoich bliskich a także kompanów z zespołu zdobył się pan Rutherford. Znając jego wyborne maniery, nawet jeśli zdecydował się na jakieś grubsze wyznania, sformułował je tak, że skandali i rozpraw sądowych nie będzie. Wątpię, jednak, by ograniczył się do wyznań znanych już z wcześniejszych wywiadów i starszych "muzycznych" książek. Szkoda, że szanse na polskie wydanie tej pozycji są niewielkie, ale może kiedyś...? Memoir Mike'a Rutherfoda pięknie wyglądałby obok "Olbrzymów" Hernika i biografii Phila Collinsa i Petera Gabriela ;)