środa, 12 marca 2014

Peter Gabriel "So" (1986)




Wygląda na to, że Gabriel dążąc do kolejnych celów potrzebował dwóch pełnych procesów twórczych, aby te cele osiągnąć. Własny, oryginalny „język” dźwiękowy znalazł i określił na trzeciej płycie, po dwupłytowych poszukiwaniach. Gdy płyta numer trzy odniosła sukces artystyczny, a przy tym otarła się o dużą sprzedaż, zapowiadając zbliżający się „niechybnie” sukces komercyjny, wydawało się, że wszystko jest na dobrej drodze do całkowitego spełnienia i pełnego zwycięstwa – muzycznego i rynkowego. Tymczasem „czwórka” sprowadziła Petera na ziemię – za sukcesem artystycznym nie poszedł komercyjny. Artysta musiał się określić, obrać jakąś nową drogą, bo to połączenie, które wypracował na początku lat 80. przyniosło tylko połowiczne zwycięstwo. Dusza miała prawo się radować, ale portfel chudł w niepokojącym tempie.

Problem łączenia sztuki z komercją spędza sen z powiek wielu rockmanom i Gabriel nie jest tu wyjątkiem. Kiedy w 1982 roku zdał on sobie sprawę, że przy okazji „czwórki” bardzo pofolgował sobie artystycznie i tym samym zbyt udziwnił potencjalne hity (mijając się przez to z listami przebojów) mógł dojść do wniosku, że aby trafić w gust szerszej publiczności, trzeba tę artystyczną konstrukcję nieco odchudzić i „oddziwnić”. Jeszcze w 1984 roku odsunął aspekty komercyjne tworząc ścieżkę dźwiękową do filmu „Ptasiek”, więc gdy w 1985 roku przystępował do pracy nad kolejnym albumem piosenkowym, czuł że ma prawo spuścić nieco z tonu.

Ale to spuszczanie z tonu wcale nie przyszło mu lekko, łatwo ani szybko. To wtedy Peter zapadł na „studyjną opieszałość”, z której dziś słynie. Proces komponowania nowych piosenek przeciągał się do tego stopnia, że powoli rozjeżdżał się skład współpracowników (m.in. Larry Fast wyjechał do USA pracować dla Bonnie Tyler), a poirytowany producent Daniel Lanois zamykał podstępem roztargnionego Gabriela w studyjnej kanciapie, żeby zmusić go do napisania brakujących tekstów. Wygląda więc na to, że uproszczenie i „spopowienie” stylu stanowiło nie lada wyzwanie. Prace nad „So” trwały w sumie około półtora roku i nie należały do specjalnie płodnych, gdyż na płycie znalazło się ostatecznie zaledwie siedem w pełni premierowych piosenek (plus leciwe „We’re Do What We’re Told (Milgrams 37)" i napisana wspólnie z Laurie Anderson na potrzeby programu TV „This Is The Picture”). Na szczęście jednak to nie ilość piosenek się liczy, a przede wszystkim ich jakość, siła oddziaływania i umiejętność bronienia się przed upływem czasu. Jeśli więc chodzi o ilość imponująco nie jest, ale pod względem jakości „So” na pewno zadowala, i należy uchylić przed nią kapelusza nisko się przy tym kłaniając. Mimo wszystko.

Zacznę od odpowiedzi na pytanie, dlaczego „mimo wszystko”. Ano dlatego, że pod względem artystycznym jest to płyta bardziej zachowawcza, mniej odważna niż „III” i „IV”. Gabriel zrezygnował z misternego tkania klimatów, ze swojego charakterystycznego dźwiękowego „skradania się”, które dwa lata wcześniej określiło m.in. takie klasyki jak „San Jacinto” czy „Rhythm of the Heat”, czyniąc z nich dzieła najwyższej próby. Wokalista postawił na konkret, w większości piosenek niemalże od pierwszych dźwięków przechodził do rzeczy. I choć nie zgubił przy tym własnego stylu, jest to raczej uproszczona esencja tego stylu, niż jego odważna manifestacja. Ale jeśli chce się osiągnąć sukces komercyjny i powalczyć na listach przebojów, to tej klasy uproszczenie jest kompromisem zdecydowanie do zaakceptowania. Tym bardziej, że każda z siedmiu premierowych kompozycji jest na swój sposób wybitna.

Na pierwszy rzut oka są to kompozycje w szeroko rozumianym stylu pop, ale gdy poświęcić im więcej uwagi, nietrudno dostrzec, że jest w nich cała paleta stylów, barw i odniesień. Pod tym względem Peter nie odmówił sobie chyba niczego, bo jest tu większość jego ulubionych inspiracji, począwszy od klimatów soul spod znaku Stax Records („Sledgehammer”, „Big Time”), przez echa rytmiki brazylijskiej („Red Rain” i „Mercy Street”), aż po niski ukłon muzyce afrykańskiej („In Your Eyes”). Ale wszystko rozsądnie dawkowane, mądrze wkomponowane i wymieszane z innymi odniesieniami. Nie ma tu mowy o pastiszu, czy zbytnim rozstrzeleniu gatunkowym.  

Pierwsze trzy kompozycje są niczym brawurowo wyprowadzone artystyczno – komercyjne „ciosy”, trafiające w samo sedno. Trzy zupełnie różne – muzycznie, emocjonalnie i tekstowo. „Sledgehammer” to „oczko” puszczone w kierunku soulowych lat 60. i klimatów kreowanych przez artystów ze stajni Stax Records. Tam chwytliwa melodia osadzona na bujającym rytmie i opatrzona tekstem pełnym inteligentnych, podszytych erotyzmem gier słów, to była codzienność. Peter w „Sledgehammer” znakomicie do tamtych tradycji nawiązał. W genialnie zrytmizowanym (wykorzystane tu rytmy brazylijskie, to echa podróży Petera do Ameryki Południowej) i wyważonym „Red Rain” odniósł się do problemu „psychologicznego wyparcia”. Z kolei prowadzona basowym pulsem ballada „Don’t Give Up” to wszechstronny komunikat dla ludzi znajdujących się na życiowych zakrętach (z akcentem na bezrobotnych). Te pierwsze trzy piosenki, piętnaście minut inteligentnego, bogatego popu, określają poziom całej płyty, który w drugiej części wydawnictwa jest w dużym stopniu utrzymywany (vide wyborna „Mercy Street”, kto wie, czy nie najlepsza ballada w całym dorobku artysty). Dzięki zróżnicowaniu płyta nie grzęźnie w nastrojach, a raczej swobodnie przeprowadza słuchacza przez różne klimaty, brzmienia i tematy.

Trochę szkoda, że Peter zdecydował się na włączenie do repertuaru „So” piosenek „We’re Do What We’re Told” i „This Is The Pictrure”. One niestety odrobinę odstają od reszty, lekko zaniżają poziom płyty i wyraźnie słychać, że są przyczepione jakby na siłę. Ta pierwsza smuci niewykorzystanym potencjałem (dziwne, wszak Gabriel pracował na nią od 1979 roku, a ona nadal sprawia wrażenie jakby szkicu, nierozwiniętego pomysłu, tudzież wersji roboczej), druga jest ewidentnie tworem spontanicznym, owocem krótkiej współpracy Petera z Laurie Anderson. Ot, dwa typowe wypełniacze, w sam raz jako ciekawostki, lub bonusy na stronę „b” singla.

Płyta odniosła spodziewany i wyczekiwany sukces. Dzięki niej Peter osiągnął wreszcie status światowej megagwiazdy i zarobił (do dziś na niej zarabia) olbrzymie pieniądze, które umożliwiły mu wybudowanie studia i spokojną pracę przez długie lata. Recenzenci i krytycy nie byliby jednak sobą, gdyby z racji sukcesu (5 milionów sprzedanych egzemplarzy) nie wrzucili tej płyty z marszu do worka z napisem „komercha”. Fakt, „So” z racji uproszczenia jest skazana na niższość względem płyt numer III i IV, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że to jedno z tych dzieł, które mimo swojej chwytliwości nie zatraciło walorów artystycznych i dzięki temu broni się skutecznie po latach. Niewątpliwie jest to jedna z lepszych i piękniejszych płyt w historii muzyki pop.

niedziela, 9 marca 2014

Zwierzenia genesismana na mocną czwórkę





„The Living Years” – reklamowana przez wydawców jako pierwsza autobiografia członka Genesis – jest, jak się można było domyślić, tylko uzupełnieniem genesisowej biblioteczki. To nie jest pozycja, która stawia na głowie postrzeganie zespołu i jego historii, niewiele nowego też wnosi w kwestii rozumienia relacji panujących między muzykami. O Genesis tak naprawdę chyba wszystko już zostało napisane. Mimo to, wspomnienia Mike’a Rutherforda są ciekawym uzupełnieniem wiedzy, bo choć gitarzysta powtarza większość faktów znanych już czytelnikom z innych książek, od czasu do czasu, rzuca też świeże kąski, które poszerzają spektrum wiedzy o historii Genesis. Dla fanów grupy jest to lektura obowiązkowa. 

Nie będę pisał szczegółowej recenzji, przytoczę tylko kilka wyłowionych i spisanych na kolanie ciekawostek-atutów „The Living Years”:

Między wieloma powtórzeniami (dublującymi się szczególnie z zawartością „Chapter and Verse”) Rutherford poutykał tu sporo różnorodnych smaczków, anegdot i subiektywnych opinii. Po pierwsze, padł mit wieloletniego konfliktu z ojcem. Z tego co Mike napisał w „The Living Years” wynika, że choć ojciec był konserwatywnie nastawionym do życia żołnierzem marynarki wojennej, dosyć szybko i łagodnie zaakceptował artystyczną drogę życiową syna. Podobno to za jego namową rodzice muzyków w 1969 roku podarowali nastoletnim wówczas genesimanom sporą sumę pieniędzy, za które mogli kupić nowe instrumenty. W szczególnie trudnym dla Mike’a okresie liceum, zdarzało mu się bronić syna przed ultra-konserwatywnymi nauczycielami. W późniejszych latach często bywał na koncertach i przez cały czas żywo interesował się losami grupy. Zdecydowanie wspierał syna w jego muzycznych zmaganiach. O zakazach uprawiania rocka nawet nie było mowy.

Po drugie, padł mit „genesismanów – grzecznych chłopców”. Tego, że panowie potrafili sporo wypić i popalali trawę niemal na równi z innymi rockmanami można się było domyślić, ale o to, że Mike próbował przewieźć do Anglii narkotyki ze Stanów (tam podobno mieli dużo lepszy towar) już bym pana Rutherforda nie posądził. Noc spędzona w celi posterunku Hounslow raz na zawsze wyleczyła go z przemytnictwa. Romanse z prostytutką Carole i dwadzieścia lat starszą kuzynką promotora koncertowego, również rzucają nowe światło na młode lata genesismanów. Mike jak widać nie różnił się aż tak bardzo od swoich rówieśników, którzy nie uczęszczali do renomowanej, konserwatywnej Charterhouse. Szczere opisy z lat młodości to spory atut tej autobiografii.

Po trzecie. To Mike kupił pierwsze automaty perkusyjne. Miało to miejsce w Japonii w 1978 roku. Wziął od razu trzy, po sztuce dla każdego członka grupy. Phil, który miał w niedalekiej przyszłości zrobić największy użytek z tych automatów, nie był zachwycony prezentem. Jestem perkusistą, po cholerę mi automat? – zapytał. Poczułem się lekko urażony – pisze Rutherford – ale myślałem, że i tak znajdzie zastosowanie dla tego sprzętu. No i znalazł. Początek „In The Air Tonight” zaprogramował na automacie.

Mike nie umie natomiast jednoznacznie rozstrzygnąć, czy Phil w czasie sesji do „Duke” proponował zespołowi „In the Air Tonight”. Od lat zdania w kwestii, czy pierwszy Collinsowy hit mógł trafić do repertuaru Genesis, czy nie, są podzielone. Phil twierdzi że nam go zagrał, Tony twierdzi, że nie – pisze Mike. – A ja twierdzę, że mógł go zagrać, ale my tego nie zarejestrowaliśmy. W „In The Air Tonight” wszystko jest oparte na klimacie, na atmosferze i jeśli Phil zagrał nam tylko demo bez tego słynnego perkusyjnego wejścia, całość mogła brzmieć zbyt prosto i znajdowała się na zbyt wczesnym etapie. To były tylko trzy akordy i wszystkie chyba trochę zbyt zwyczajne dla takich akordowych snobów jak ja i Tony. 

Po czwarte. Wcześniej nie zetknąłem się z tak jednoznacznym i logicznym wyjaśnieniem nieudanego „romansu” Genesis z Rayem Wilsonem przy mikrofonie. Tu zdecydowanie runął mit słabej sprzedaży albumu „Calling All Stations”. Rzekoma klęska komercyjna, nie miała większego znaczenia. Mike napisał, że dwa miliony sprzedanych egzemplarzy to nie był zły wynik, powodem zawieszenia działalności, okazał się brak łącznika między Mikem, a Tonym Banksem. Ray Wilson wykonał dobra robotę wokalną – pisze Rutherford – ale nie potrafił komponować. Bez trzeciego kompozytora było nam ciężko, bo między mną a Tonym, z którym bardzo oddaliliśmy się muzycznie, nie było żadnego spoiwa, nikt nie mógł sprowadzić nas do złotego środka. Wtedy też zdałem sobie sprawę, jak ważną rolę pełnił Phil. On nas zawsze łączył, wydobywał z nas wszystko, co najlepsze i jeszcze znajdował dla tego najwłaściwsze miejsce. 

Koniec żywota tamtego składu Mike wziął na siebie. Banks i Wilson chcieli ten wózek pociągnąć do następnego albumu.

Po piąte (ten „drobiazg” bardzo mnie zadziwił) – Daryl Stuermer, kiedy zasilał koncertowy skład Genesis w 1978 roku… wcale nie był bardzo dobrym basistą. Rzecz ciekawa, bo zawsze sądziłem, że Mike szukając następcy dla Hacketta skupiał się wyłącznie na instrumentalistach grających zarówno na gitarze, jak i na basie. Szykowany wówczas na trasę „..and then tere were three…” wytrawny spec od grubych strun Alphonso Johnson odpadł w trakcie przesłuchań, bo nie grał wystarczająco dobrze na gitarze. To on polecił Stuermera, który według źródeł okazał się sprawniejszym „wiosłowym” (na miarę Hacketta), a w domyśle też niewiele gorszym basistą. Mike tymczasem twierdzi, że Daryl potrzebował pięciu lat koncertowania z Genesis, żeby stać się bardzo dobrym basistą

Po szóste (to już gdzieś było, ale nie pamiętam gdzie…) Phil po śmierci Keitha Moona w 1978 roku planował dołączyć do The Who.Mike wspomina, że nie martwiły ich te plany. Wierzyliśmy że uda nam sie to pogodzić, Bóg raczy wiedzieć jak, pisał.

Po siódme. W 1981 roku przed lub w trakcie prac nad „abacab” genesismeni nie tylko planowali rewolucję muzyczną (tą udało się przeprowadzić), ale też zastanawiali się nad zmianą nazwy zespołu. Znaleźliśmy się wtedy w takim miejscu kariery, w którym łatwo stać się karykaturą samego siebie. Chcieliśmy się odciąć od przeszłości. Nie pamięta niestety pomysłów na ewentualne nazwy zamienne.

Po ósme (o tym pierwsze słyszę). W trakcie trasy „Invisible Touch” do ekipy Genesis dołączyli David Gilmour i jego menedżer Steve O’Rurke. Był rok 1987, Genesis siedzieli na komercyjnym szczycie, a wizyta lidera flojdów miała podobno charakter edukacyjny. Mike twierdzi, że Gilmour chciał podejrzeć zespół i jego produkcję koncertową od kulis, bo sam szykował swój się do trasy „A Momentary Lapse of Reason”… Jest to możliwe, zważywszy, że Genesis byli wówczas w niewyobrażalnym gazie, a Pink Floyd nie koncertowali od czasów „The Wall”, czyli od 1981 roku… Sześć lat poza biznesem.

Takich ciekawostek, anegdot i innych „kwiatków” w „The Living Years” znalazłem całkiem sporo. Mike poprzetykał nimi znaną wszystkim historię Genesis na tyle gęsto, że nawet najwierniejsi fani znający dzieje grupy na pamięć nie powinni się nudzić. Opowiada w interesującym stylu, nie boi się dowcipu i autoironii. Nie jest to może książka, która porwie, zachwyci i ukradnie całą noc, ale warto się z nią zapoznać, bo spojrzenie Rutherforda na wiele spraw jednak nieco się różni od „oficjalnej”, obiektywnej wersji wydarzeń. Jako wartościowe uzupełnienie biblioteczki rzecz na domowej półce mile widziana.

wtorek, 11 lutego 2014

Pomyślnie przeszedłem weryfikację



Życie już ma to do siebie, że lubi weryfikować plany, nawet jeśli są umiarkowanie optymistyczne i zdawałoby się – dobrze przemyślane. Kiedy w marcu ubiegłego roku, w okolicach premiery „Okrągłego przekrętu”, zbliżałem się do półmetka pracy nad drugą powieścią, sądziłem że wszystko pójdzie bardzo szybko, mega sprawnie i bezkolizyjnie. Nie poszło.


Postanowiłem zweryfikować terminy, zwolnić proces twórczy, przemyśleć i przeformatować niektóre sprawy. Wszystko to dla podniesienia efektywności pracy i jakości jej efektów. Dziś, kiedy na horyzoncie widzę już ostatnią kropkę (planuję postawić ją w marcu) mam w sobie spokój i pełne przekonanie, że kończę pracę nad swoją najlepszą – zarówno pod względem stylu, jak i historii – książką. „W imię matki” (roboczy tytuł „Plagiat” przeszedł do historii) to kryminał z elementami thrillera, który pod pewnymi względami wpisze się zapewne w polski nurt współczesnej literatury kryminalnej, ale powinien też odznaczyć się pewną oryginalnością rozwiązań zarówno językowych, konstrukcyjnych, jak i fabularnych. 


„W imię matki” będzie gotowa w marcu, a już wiosną rozpoczynam pracę nad kolejną biografią. Ostatni raz spisywałem losy muzyków trzy lata temu, zamykając biograficzny cykl o zespole Genesis książką poświęconą Peterowi Gabrielowi. Wątek Genesis uważam za zamknięty. Kilka miesięcy temu zacząłem sondować możliwość realizacji pewnego projektu, który przeniósłby mnie jako biografa do innej rzeczywistości. Przede wszystkim z zamierzchłej przeszłości do teraźniejszości. Znając hermetyczność polskiego rynku wydawniczego miałem pewne obawy, ale ku mojej wielkiej radości, projekt ów (którego szczegóły na razie zachowam dla siebie) zaskoczył. Otworzyła się możliwość, aby przygotować książkę o zespole dużo młodszym, choć pod wieloma względami kontynuującym najlepsze artystyczne tradycje starych brytyjskich i amerykańskich herosów rocka. Nigdy nie należałem do utyskujących zwolenników teorii jakoby wszystko, co w muzyce najlepsze, już się wydarzyło, a historia już była i „to se ne vrati”. Nie ma nad czym płakać, bo spuścizna po starych bohaterach nie wyparuje z nośników, a historia, także muzyki, pisze się przecież nadal. I choć ilość artystów interesujących, w zalewie ogólnej szmiry niestety spada, to ciągle zdarzają się perełki o których warto pisać. Są wśród nas żywe i nadal ambitnie tworzące zespoły, które grają „nową muzykę, ale równie dobrą, jak ta stara”. Moja kolejna biografia poświęcona będzie jednej z takich rockowych współczesnych perełek. Na razie bez nazw, narodowości, szyldów i innych szczegółów… ale o to, że będzie oryginalnie i arcyciekawie można być spokojnym, bo takiej książki na polskim rynku jeszcze nie było.

środa, 29 stycznia 2014

Co można zyskać na cofaniu się?

W czerwcu 2003 roku Piotr Kaczkowski pytał Steve'a Hacketta o możliwość reaktywacji Genesis w tak zwanym klasycznym składzie. To możliwe, choć nie sądzę by było prawdopodobne - odpowiedział gitarzysta. - Przecież każdy (muzyk Genesis, przyp. MN) robi kwitnącą karierę poza tym szyldem.To tak jakby ktoś chciał  zestawić cyrk Monty Pythona z grupy znanych już komików. (...). Czy odnowi się Led Zeppelin, czy żyjący muzycy grupy The Beatles reaktywują szyld? Nikt nie wie, szklana kula. (...) Co można zyskać na cofaniu się? Myślę, że muzycy powinni iść do przodu.

Minęło przeszło dziesięć lat od tamtej rozmowy. W międzyczasie reaktywowały się trzy z czterech wymienionych wówczas szyldów. Led Zeppelin zagrali koncert w roku 2007, podobnie jak Genesis, zespół Hacketta, powołany do życia koncertowego, ale ostatecznie bez Steve'a. Nawet Monty Python zebrał się raz jeszcze. Co można zyskać na cofaniu się? Genesis w 2007 roku zagrali około pięćdziesięciu koncertów dla ponad półtora miliona ludzi. Gdyby podwoili ilość występów, dotarliby bez trudu do kolejnego miliona słuchaczy. Led Zeppelin zagrali jeden raz dla osiemnastu tysięcy widzów, ale chciało ich zobaczyć, bagatela, dwadzieścia milionów! Bilety na występ reaktywowanych w ubiegłym roku "pajtonów" jak donosiły media sprzedały się w 43 i pół sekundy. Liczby nie kłamią, a te przytoczone tutaj mówią wyraźnie, co można zyskać na cofaniu się...

Hackett też to zrozumiał. Czekał dziesięć lat na możliwość cofnięcia się. Najpierw, w 2012 roku, nagrał płytę z repertuarem Genesis "Revisited II", a następnie zorganizował prezentację tego materiału na żywo. DVD "Live At Hammersmith" to zapis londyńskiego koncertu z ubiegłego roku.

Pierwsze od początku lat 80' pojawienie się na listach bestsellerów i pełne (niemałe) hale koncertowe odpowiedziały zapewne Steve'owi, co (a może raczej ile?) dokładnie można zyskać na cofaniu się.

Nie zamierzam dokuczać Hackettowi, pisać złośliwych bzdur o jego artystycznej kapitulacji, niekonsekwencji, czy odgrzewaniu kotletów. Wszyscy muszą z czegoś żyć, a każdy kto choćby pobieżnie zapoznał się z twórczością zespołu Genesis wie, że na płytach z lat 1971-77 żadnych kotletów nigdy nie było... więc smrodek odgrzewanego "towaru" w tym przypadku nikomu nie grozi. Times were hard - śpiewał kiedyś Phil Collins o "muzycznej księżnej", której już nikt nie chciał słuchać. Hackett niewątpliwie należy do "progresywnej" rodziny "królewskiej", ale spadek zainteresowania publiczności nie dotyczy przecież tylko jego. Problem polega na tym, że świat obecnie chłonie muzykę w taki sposób, jakby tak naprawdę nikt nikogo nie chciał już słuchać. Trend ustala przeciętny konsument (bo już nawet nie słuchacz), taki światowy odpowiednik naszego rodzimego inżyniera Mamonia, więc siłą rzeczy najlepiej sprzedają się (oprócz produktów muzyczno-podobnych) wszelkiego rodzaju reaktywacje, plagiaty i autoplagiaty, bo "przecież" lubimy tylko te piosenki, które już znamy. Nie ma się co śmiać z Hacketta, bo choć robi skok na kasę nagrywając niemalże dźwięk w dźwięk te same utwory, co czterdzieści lat temu, i montuje najzwyklejszy w świecie coverband własnego ex-zespołu, to i tak robi to z dużą klasą.

Po pierwsze trafił w wielką, niewytłumaczalną lukę dyskograficzną. Do dziś zachodzę w głowę, jak to się stało, że zespół Genesis nie dorobił się wydawnictwa koncertowego podsumowującego dorobek okresu z zamaskowanym Gabrielem przy mikrofonie. Ostatnią przekrojówką jest bootleg DVD z 1973 roku, na którym można zobaczyć koncert promujący album "Selling England by the Pound". Ciekawa rzecz, ale niewyczerpująca tematu. Rok później (1974) do sklepów trafił koncept album "The Lamb Lies Down on Broadway", który zespół wykonywał na koncertach w całości, co sprawiło, że tamte występy nie prezentowały już przekroju materiału... rok później w zespole nie było już Gabriela. Nawet kiedy trzydzieści lat później rozmawiano o reaktywacji grupy w klasycznym składzie, planowano koncertowe wykonanie "The Lamb", co było kompletnie bezsensu, bo po pierwsze ten materiał nigdy w całości nie bronił się na żywo, a po drugie, takie podejście do sprawy, znów wykluczyłoby z repertuaru kilkadziesiąt minut naprawdę genialnej muzyki (choćby "Firth of Fifth", "Watcher of the Skies", "The Musical Box", nie wspominając o legendarnym "Supper's Ready"). Tak jakby zespół nie do końca zdawał sobie sprawę, jak fantastycznym repertuarem dysponuje. Hackett najwyraźniej zdał sobie z tego sprawę, bo odważnie sięgnął po najlepszy materiał z całego okresu swojej bytności w Genesis (za "The Lamb nigdy nie przepadał). Na prawie trzygodzinny koncert składa się swoisty "the best of" Genesis lat 70', jakiego jeszcze nigdy "nie grali".

Po drugie, Hackett po raz kolejny potwierdził, że jest świetnym selekcjonerem muzycznym i nauczycielem. Jego coverband to maszyna, która wykonuje nawet najtrudniejsze i najbardziej pogmatwane utwory Genesis z największą precyzją. Roger King to replika Tony'ego Banksa, a genialny Gary O'Toole to człowiek o potencjale wykonawczym zbliżonym do Phila Collinsa. Z taką dwójką za plecami, Steve ma prawo czuć się bezpiecznie grając nawet "Supper's Ready" w całości. Co tu dużo mówić, wykonania są niemalże bezbłędne i nawet jeśli Hackett dokonywał jakichś drobnych korekt już w studiu, to i tak wypada się nisko ukłonić muzykom. Nie ciągałby ich po świecie, gdyby nie potrafili tego wszystkiego zagrać choćby w 90 % tak dobrze, jak na płycie.

Trzeci atut to brak zmian aranżacyjnych. Wszystkie utwory zagrane są niemalże w idealnej zgodzie z oryginałami. Jeśli już słyszymy jakąś drobną korektę, to zwykle na korzyść utworu. Prawda jest taka, że np. świetne "Fly on a Windshield" i "Broadway Melody" nigdy nie brzmiały tak potężnie i poruszająco, jak tutaj z wokalem wszechstronnego Gary'ego O'Toole'a. Zespół sięga też szczytów wykonawczych we fragmentach instrumentalnych "The Musical Box" i "Supper's Ready" (wyborna "Apokalipsa na 9/8"!).

Jeśli chodzi o słabostki - nie do końca przekonują mnie wokale, ale umówmy się, tragedii nie ma, a siłą twórczości Genesis zawsze było to, co dzieje się "pod wokalem". Poza tym kilka utworów śpiewanych przez O'Toole rekompensuje wszystko. Jego wykonanie "Blood on the rooftops" jest chyba nawet lepsze, niż oryginał Collinsa.

Reasumując. Skoro już nadeszły czasy coverbandów, ten Hacketta jest naprawdę wart zainteresowania. DVD z Hammersmith potwierdza, to co sygnalizowała płyta "Genesis Revisited II". Hackett ze swoimi kompanami potrafi wskrzesić duchy Genesis z lat 70. Jeśli tak wyglądają obecnie jego koncerty, warto podjechać 5 maja do Zabrza, by to wszystko zobaczyć i usłyszeć na żywo. Na cofaniu się czasami można zyskać... jeśli jest po co się cofać.






wtorek, 28 stycznia 2014

Pierwsze genesisowe wspomnienia... tego jeszcze nie grali.

W 2007 roku ukazała się książka Łukasza Hernika "Genesis. W krainie muzycznych olbrzymów", która w dużym stopniu wyczerpuje temat kariery i dorobku artystycznego tej grupy. Można rzec - biografia kompletna, jakiej próżno szukać nawet poza Polską. Pamiętam jednak recenzję tej pozycji, w której dziennikarz, doceniając pracę wykonaną przez Hernika, dopatrzył się pewnej (rzekomo) słabości. Chwaląc szczegółowe opisy tras koncertowych, roszad składu grupy i analizy kolejnych albumów, zapytał wreszcie, nieco ironicznie i retorycznie - czy ci muzycy mieli jakieś życie prywatne?

No i faktycznie, jakby przejrzeć książkę Hernika, to historyjek spoza studiów nagraniowych i sal koncertowych jest tam niewiele. Nic w tym jednak dziwnego. Format tamtej biografii został jasno sprecyzowany. To miała być książka o artystycznych losach zespołu Genesis. Sprawy prywatne zostały zmarginalizowane i ograniczone do tych, które ściśle wiążą się z działalnością grupy (vide pierwszy rozwód Collinsa). Książek o Genesis i muzykach związanych z tym zespołem krąży po świecie już kilkadziesiąt, ale większość z nich swoją strukturą przypomina raczej prace Łukasze Hernika (i dobrze, bo to twórcze środowisko, które należy pamiętać przede wszystkim przez pryzmat dokonań artystycznych). Ale prywatne losy członków Genesis także nie są nudne. I choć w większości brak w nich pikantnych wątków romansowych, czy typowych przygód pod hasłem "sex, drugs and rock & roll", to i tak trudno nazwać je banalnymi. Jeśli ktoś ma już dosyć książek rozkładających kolejne progresywne dzieła przebojowych rockmanów na części pierwsze, wieść o brytyjskiej premierze autobiografii "Living Years" powinna go ucieszyć. Oto nadeszła bowiem pierwsza książka, która rzuci na historię Genesis nieco inne, bardziej prywatne, osobiste i emocjonalne światło. Na spisanie własnych wspomnień dał się namówić założyciel  zespołu i jeden z jego filarów - basista, gitarzysta i kompozytor Mike Rutherford. "The Living Years" to pierwszy "genesisowy memoir".

Dopiero zacząłem lekturę, więc na oceny i recenzję jest zbyt wcześniej, ale po zapoznaniu się z przedmową i sporym fragmentem pierwszego rozdziału mogę powiedzieć, że jest to książka, która myślenia o Genesis raczej nie przeformatuje, ale na pewno porządnie rozwinie ciekawe wątki prywatne, które w innych książkach zostały tylko zasygnalizowane. Już sam fakt, że Mike szczerze i bogato pisze o własnym ojcu, z którym podobno żył nieco skonfliktowany, daje nadzieję, że "Living Years" okaże się nie tylko ciekawym uzupełnieniem genesisowej biblioteczki. Zobaczymy na jaką szczerość względem swoich bliskich a także kompanów z zespołu zdobył się pan Rutherford. Znając jego wyborne maniery, nawet jeśli zdecydował się na jakieś grubsze wyznania, sformułował je tak, że skandali i rozpraw sądowych nie będzie. Wątpię, jednak, by ograniczył się do wyznań znanych już z wcześniejszych wywiadów i starszych "muzycznych" książek. Szkoda, że szanse na polskie wydanie tej pozycji są niewielkie, ale może kiedyś...? Memoir Mike'a Rutherfoda pięknie wyglądałby obok "Olbrzymów" Hernika i biografii Phila Collinsa i Petera Gabriela ;)