Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Steve Hackett. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Steve Hackett. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 stycznia 2014

Co można zyskać na cofaniu się?

W czerwcu 2003 roku Piotr Kaczkowski pytał Steve'a Hacketta o możliwość reaktywacji Genesis w tak zwanym klasycznym składzie. To możliwe, choć nie sądzę by było prawdopodobne - odpowiedział gitarzysta. - Przecież każdy (muzyk Genesis, przyp. MN) robi kwitnącą karierę poza tym szyldem.To tak jakby ktoś chciał  zestawić cyrk Monty Pythona z grupy znanych już komików. (...). Czy odnowi się Led Zeppelin, czy żyjący muzycy grupy The Beatles reaktywują szyld? Nikt nie wie, szklana kula. (...) Co można zyskać na cofaniu się? Myślę, że muzycy powinni iść do przodu.

Minęło przeszło dziesięć lat od tamtej rozmowy. W międzyczasie reaktywowały się trzy z czterech wymienionych wówczas szyldów. Led Zeppelin zagrali koncert w roku 2007, podobnie jak Genesis, zespół Hacketta, powołany do życia koncertowego, ale ostatecznie bez Steve'a. Nawet Monty Python zebrał się raz jeszcze. Co można zyskać na cofaniu się? Genesis w 2007 roku zagrali około pięćdziesięciu koncertów dla ponad półtora miliona ludzi. Gdyby podwoili ilość występów, dotarliby bez trudu do kolejnego miliona słuchaczy. Led Zeppelin zagrali jeden raz dla osiemnastu tysięcy widzów, ale chciało ich zobaczyć, bagatela, dwadzieścia milionów! Bilety na występ reaktywowanych w ubiegłym roku "pajtonów" jak donosiły media sprzedały się w 43 i pół sekundy. Liczby nie kłamią, a te przytoczone tutaj mówią wyraźnie, co można zyskać na cofaniu się...

Hackett też to zrozumiał. Czekał dziesięć lat na możliwość cofnięcia się. Najpierw, w 2012 roku, nagrał płytę z repertuarem Genesis "Revisited II", a następnie zorganizował prezentację tego materiału na żywo. DVD "Live At Hammersmith" to zapis londyńskiego koncertu z ubiegłego roku.

Pierwsze od początku lat 80' pojawienie się na listach bestsellerów i pełne (niemałe) hale koncertowe odpowiedziały zapewne Steve'owi, co (a może raczej ile?) dokładnie można zyskać na cofaniu się.

Nie zamierzam dokuczać Hackettowi, pisać złośliwych bzdur o jego artystycznej kapitulacji, niekonsekwencji, czy odgrzewaniu kotletów. Wszyscy muszą z czegoś żyć, a każdy kto choćby pobieżnie zapoznał się z twórczością zespołu Genesis wie, że na płytach z lat 1971-77 żadnych kotletów nigdy nie było... więc smrodek odgrzewanego "towaru" w tym przypadku nikomu nie grozi. Times were hard - śpiewał kiedyś Phil Collins o "muzycznej księżnej", której już nikt nie chciał słuchać. Hackett niewątpliwie należy do "progresywnej" rodziny "królewskiej", ale spadek zainteresowania publiczności nie dotyczy przecież tylko jego. Problem polega na tym, że świat obecnie chłonie muzykę w taki sposób, jakby tak naprawdę nikt nikogo nie chciał już słuchać. Trend ustala przeciętny konsument (bo już nawet nie słuchacz), taki światowy odpowiednik naszego rodzimego inżyniera Mamonia, więc siłą rzeczy najlepiej sprzedają się (oprócz produktów muzyczno-podobnych) wszelkiego rodzaju reaktywacje, plagiaty i autoplagiaty, bo "przecież" lubimy tylko te piosenki, które już znamy. Nie ma się co śmiać z Hacketta, bo choć robi skok na kasę nagrywając niemalże dźwięk w dźwięk te same utwory, co czterdzieści lat temu, i montuje najzwyklejszy w świecie coverband własnego ex-zespołu, to i tak robi to z dużą klasą.

Po pierwsze trafił w wielką, niewytłumaczalną lukę dyskograficzną. Do dziś zachodzę w głowę, jak to się stało, że zespół Genesis nie dorobił się wydawnictwa koncertowego podsumowującego dorobek okresu z zamaskowanym Gabrielem przy mikrofonie. Ostatnią przekrojówką jest bootleg DVD z 1973 roku, na którym można zobaczyć koncert promujący album "Selling England by the Pound". Ciekawa rzecz, ale niewyczerpująca tematu. Rok później (1974) do sklepów trafił koncept album "The Lamb Lies Down on Broadway", który zespół wykonywał na koncertach w całości, co sprawiło, że tamte występy nie prezentowały już przekroju materiału... rok później w zespole nie było już Gabriela. Nawet kiedy trzydzieści lat później rozmawiano o reaktywacji grupy w klasycznym składzie, planowano koncertowe wykonanie "The Lamb", co było kompletnie bezsensu, bo po pierwsze ten materiał nigdy w całości nie bronił się na żywo, a po drugie, takie podejście do sprawy, znów wykluczyłoby z repertuaru kilkadziesiąt minut naprawdę genialnej muzyki (choćby "Firth of Fifth", "Watcher of the Skies", "The Musical Box", nie wspominając o legendarnym "Supper's Ready"). Tak jakby zespół nie do końca zdawał sobie sprawę, jak fantastycznym repertuarem dysponuje. Hackett najwyraźniej zdał sobie z tego sprawę, bo odważnie sięgnął po najlepszy materiał z całego okresu swojej bytności w Genesis (za "The Lamb nigdy nie przepadał). Na prawie trzygodzinny koncert składa się swoisty "the best of" Genesis lat 70', jakiego jeszcze nigdy "nie grali".

Po drugie, Hackett po raz kolejny potwierdził, że jest świetnym selekcjonerem muzycznym i nauczycielem. Jego coverband to maszyna, która wykonuje nawet najtrudniejsze i najbardziej pogmatwane utwory Genesis z największą precyzją. Roger King to replika Tony'ego Banksa, a genialny Gary O'Toole to człowiek o potencjale wykonawczym zbliżonym do Phila Collinsa. Z taką dwójką za plecami, Steve ma prawo czuć się bezpiecznie grając nawet "Supper's Ready" w całości. Co tu dużo mówić, wykonania są niemalże bezbłędne i nawet jeśli Hackett dokonywał jakichś drobnych korekt już w studiu, to i tak wypada się nisko ukłonić muzykom. Nie ciągałby ich po świecie, gdyby nie potrafili tego wszystkiego zagrać choćby w 90 % tak dobrze, jak na płycie.

Trzeci atut to brak zmian aranżacyjnych. Wszystkie utwory zagrane są niemalże w idealnej zgodzie z oryginałami. Jeśli już słyszymy jakąś drobną korektę, to zwykle na korzyść utworu. Prawda jest taka, że np. świetne "Fly on a Windshield" i "Broadway Melody" nigdy nie brzmiały tak potężnie i poruszająco, jak tutaj z wokalem wszechstronnego Gary'ego O'Toole'a. Zespół sięga też szczytów wykonawczych we fragmentach instrumentalnych "The Musical Box" i "Supper's Ready" (wyborna "Apokalipsa na 9/8"!).

Jeśli chodzi o słabostki - nie do końca przekonują mnie wokale, ale umówmy się, tragedii nie ma, a siłą twórczości Genesis zawsze było to, co dzieje się "pod wokalem". Poza tym kilka utworów śpiewanych przez O'Toole rekompensuje wszystko. Jego wykonanie "Blood on the rooftops" jest chyba nawet lepsze, niż oryginał Collinsa.

Reasumując. Skoro już nadeszły czasy coverbandów, ten Hacketta jest naprawdę wart zainteresowania. DVD z Hammersmith potwierdza, to co sygnalizowała płyta "Genesis Revisited II". Hackett ze swoimi kompanami potrafi wskrzesić duchy Genesis z lat 70. Jeśli tak wyglądają obecnie jego koncerty, warto podjechać 5 maja do Zabrza, by to wszystko zobaczyć i usłyszeć na żywo. Na cofaniu się czasami można zyskać... jeśli jest po co się cofać.






czwartek, 23 maja 2013

Hackett, Gabriel i Collins...

W odpowiedzi na kilka próśb i zapytań umieszczam moją biografię Steve'a Hacketta "Szkice, burze, orchidee" w wersji pdf. Od dziś można ją pobrać za darmo:

http://chomikuj.pl/maurock

Tym samym wszystkie moje książki poświęcone muzycznej "rodzinie" Genesis będą dostępne. Kompaktowa biografia zespołu pt "Zagrajcie to jeszcze raz", oraz "Steve Hackett. Szkice, burze, orchidee" już są dostępne w wersji elektronicznej, natomiast książki o Peterze Gabrielu i Philu Collinsie niebawem, pięknie wydane przez Anakondę, trafią na półki sklepowe. "Świat realny, świat sekretny" miał swoją premierę tydzień temu na warszawskich targach książki i na dniach trafi do empików. "Phil Collins. Człowiek orkiestra" ukaże się za miesiąc.



sobota, 2 lutego 2013

Hackett w MLWZ



Od środy na łamach Małego Leksykonu Wielkich Zespołów puszczamy biografię Steve'a Hacketta w odcinkach. W każdą środę lutego, marca i kwietnia na stronach MLWZ będzie można przeczytać kolejne rozdziały książki biograficznej "Szkice, burze, orchidee", jedynego tak szczegółowego (polskojęzycznego) opracowania nt byłego gitarzysty Genesis.

http://www.mlwz.ceti.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=10023&Itemid=60






czwartek, 6 września 2012

Rewizyty Hacketta



W październiku ma się ukazać płyta "Genesis Revisited 2" Steve'a Hacketta. Pomyślałem, że to niezła okazja do przypomnienia skąd w ogóle wziął się pomysł na przygotowanie przez gitarzystę nowych wersji genesisowych klasyków. 


REWIZYTA

Steve zatrzasnął drzwi z napisem „Genesis” w 1977 roku i przez długie lata nie miał specjalnej ochoty ich na nowo otwierać. Etykietka ex członka legendarnego zespołu ciągle mu towarzyszyła, ale on przecież od tak dawna pisał ciekawą historię pod własnym nazwiskiem. Nigdy nie podpierał się genesisowym repertuarem. Nawet podczas pierwszych solowych koncertów starał się prezentować przede wszystkim samodzielnie napisane kompozycje, a kiedy już sięgał po coś zespołowego to zwykle wybierał „I Know What I Like”, piosenkę u której podstaw legł jego gitarowy riff, lub „In That Quiet Earth”, przy którym także mocno maczał palce. Nieoczekiwanie jednak zbliżał się czas powrotu do przeszłości. A wszystko zaczęło się od pojawiających się tu i ówdzie nieśmiałych plotek, że Hackett próbuje wymazać swoją genesisową przeszłość. Takie opinie całkowicie rozmijały się z rzeczywistością. 



      Pierwszy kamyczek tej rewizytacyjnej lawiny rzucił włoski fan Steve’a przy okazji pokoncertowego spotkania ze swoim idolem w 1994 roku. Wszystko zaczęło się podczas akustycznej trasy, którą grałem z Julianem Colbeckiem – wspominał gitarzysta. – Występowaliśmy na Sycylii. Przyszedł do mnie do hotelu jeden ze słuchaczy i poprosił, żebym podpisał mu płyty. Najpierw podsunął mi dosłownie wszystkie moje solowe albumy. Złożyłem na nich autografy, a on odwrócił się do żony i zapytał ją czy ma „ten drugi zestaw”. Po chwili wyłożył kolejny stosik płyt i bardzo nieśmiało spytał, czy podpisze także je. Spodziewał się odmowy, myślał, że powiem mu „a idź z tym do diabła”, ale ja przecież nie chciałem tak reagować. To podsunęło mi myśl, że w ludziach mogło pojawić się przekonanie, iż próbuję wymazać swoją przeszłość.
 
Steve nie był obrażony na swoją przeszłość, ani nie wstydził się genesisowego repertuaru. Wręcz przeciwnie, zdawał sobie sprawę, że w świadomości wielu sympatyków muzyki rockowej może już na zawsze pozostać przede wszystkim ex członkiem Genesis, elementem genialnej układanki, która w latach siedemdziesiątych zdefiniowała symfoniczny styl progresywnego rocka. Relację z dziwnego spotkania z włoskim fanem zdał Julianowi Colbeckowi, co zaowocowało kolejną ciekawą rozmową na temat postrzegania przeszłości: Julian powiedział mi, że w czasie kiedy grał z projektem Anderson Wakeman Bruford Howe funkcjonowały dwie wersje Yes wykonujące „Roundabout”. Stwierdził, że dla fanów każda wersja Yes pozbawiona Steve’a Howe’a nie jest wersją prawdziwą, że Howe jest uważany za „serce Yes”. Dodał iż niektórzy ludzie podobnie widzą mnie i Genesis. Zacząłem się zastanawiać czy tak jest w istocie. Czy lepiej wspominają koncerty składu ze mną, czy większym przeżyciem były dla nich późniejsze, z Darylem Stuermerem. Już wówczas, podczas tej pierwszej, swobodnej rozmowy padł pomysł na gwiazdorską rewizytę w progach genesisowej krainy dźwięków: Zaczęliśmy później rozmawiać o przygotowaniu koncertów, podczas których gralibyśmy numery Genesis wraz z zaproszonymi muzykami pochodzącymi z zespołów, których słuchacze są zaprzyjaźnieni, jak Yes, czy King Crimson. To wtedy narodził się pomysł na „Revisited”. 

Steve zabrał się do realizowania nowego projektu zaraz na początku 1995 roku. Szybko sprecyzował swoje zamiary. Wiedział, że nie wystarczy wybrać kilka największych klasyków i po prostu nagrać je raz jeszcze na lepszym sprzęcie. Zadanie musiało nabrać bardziej twórczego charakteru. Doskonale znając materiał napisany przez Genesis, wiedząc wszystko o jego mocnych i słabych stronach, wiedział co zrobić, aby naprawdę ciekawie odrestaurować tamte utwory. Mieliśmy kilka kompozycji zawierających świetne pomysły, znakomita porcja muzyki, ale czułem, że na płytach nie brzmi ona tak dobrze, jak brzmiała wtedy na koncertach. Na warsztat poszło dziewięć utworów z wszystkich albumów Genesis, w których tworzeniu Steve brał udział.




Cały proces miał zająć dwa lata. Oprócz Hacketta i jego stałych współpracowników (Juliana Colbecka, Hugo Degenhardta, Nick Magnusa, Arona Friedmana) w studio pojawili się znakomici goście, m.in.: John Wetton, Bill Bruford, Tony Levin, Alphonso Johnson, Pino Palladino, Ian MacDonald, Chester Thompson, Paul Carrack – czyli prawdziwy muzyczny „Dream Team”. W kilku miejscach swoją obecność mocno zaznaczyli także symfonicy z Londyńskiej Orkiestry Symfonicznej. Steve nie chciał niczego odmawiać na nowo rodzącym się utworom. Zamierzał wcielić w życie wszystko to, czego w jego mniemaniu zabrakło zespołowi dwie dekady wcześniej: To była naprawdę ciężka praca. Zależało mi na tym, żeby całość zabrzmiała bardzo dobrze. Dlatego użyliśmy Mellotronów i żywej orkiestry. Dopiero później dotarło do mnie w co się wplątałem. Nie chciałbym już nigdy angażować się w coś tak długotrwałego i skomplikowanego. Podczas pracy nad „Watcher of the Skies” nagrałem około stu ścieżek, nie mówiąc o partii orkiestry. Zdałem sobie wówczas sprawę, że gonię za stworzeniem jakiegoś szalonego dzieła sztuki. Męczyłem zespół za zespołem, a także całą dostępną technologię i przede wszystkim samego siebie. Pewnie wszyscy myśleli, że oszalałem. 

Rozbudowany i długotrwały projekt wiązał się z dużymi nakładami finansowymi. Steve od kilku lat większość swoich działań realizował po części za własne pieniądze, ale tym razem jego ambitnym projektem zainteresowali się Japończycy z firmy Nippon Phonogram i to oni w dużym stopniu wsparli go finansowo. W zamian poprosili o przyspieszenie wydania płyty w ich kraju, co mocno podkręciło tempo pracy w jego ostatnim okresie: Wykonałem półroczną pracę w miesiąc, żeby dostarczyć im materiał na czas. „Genesis Revisited” ukazała się początkowo tylko w Japonii, we wrześniu 1996 roku.

Tego typu składanki często są uważane za wydawnictwa drugiej kategorii, za wypełniacze dyskografii, ukazujące się w okresach kiedy muzykom brakuje nowych pomysłów. Ten album zdecydowanie temu zaprzecza. Hackett wykonał kawał naprawdę świetnej roboty, dzięki czemu zdołał nadać starym kompozycjom nowe życia. Żaden z umieszczonych tu utworów nie ucierpiał na przeróbce, zwykle zyskując chociażby na brzmieniu. „Watcher of the Skies” jest tu jeszcze bardziej dostojny i monumentalny, „Dance on a Volcano” dociążono i wyeksponowano jego mroczny, zadziorny charakter. Sporo pracy poświęcono także „Firth of Fifth”. Te utwory wiele dla mnie znaczą – przyznał Hackett. – To świetne kompozycje, być może nawet najlepsze w dorobku Genesis. Gdyby dodać „Dancing With The Moonlit Knight" i jeszcze jeden czy dwa utwory, powstałaby lista największych osiągnięć Genesis. Po „Dancing With The Moonlit Knight" nie sięgnąłem, uważam bowiem, że wersja z „Selling England By The Pound" jest doskonała. Natomiast „Watcher of the Skies”, „Firth of Fifth” i „Dance on a Volcano” wziąłem na warsztat ponieważ uważam, że warto było pokazać je w nowocześniejszych opracowaniach i spróbować wydobyć z nich coś jeszcze. Czułem bowiem, że kryją w sobie potencjał większy niż wskazywałyby na to wersje nagrane przez nas przed laty.

Prostsze, lżejsze tematy jak „Your Own Special Way” i „I Know What I Like” także pokazały inną twarz. Ten pierwszy z ciekawą orkiestracją i ładnym wokalem Carracka, zabrzmiał niczym zaginiony przebój lat osiemdziesiątych, a drugi cieszy ucho zabawnie jazzującą swobodą. Ciekawym i bardzo mocnym punktem płyty jest „Deja Vou”, nigdy nie nagrany utwór Genesis z czasów sesji do albumu „Selling England by the Pound”. To utwór, nad którym Peter Gabriel pracował w 1973 roku. Chciał żeby znalazł się na płycie „Selling England By The Pound", ale tak się nie stało, zdążył bowiem stworzyć tylko krótki fragment - przypominał Steve. - Dla mnie ten kawałek jest czymś nieodłącznie związanym z Genesis. Zapytałem Petera, czy mógłbym nad tym popracować i doprowadzić jego dzieło do końca, co uczyniłem, ale trwało to ładnych parę lat. Siedziałem nad tym ponad dwadzieścia lat. Poprosiłem Petera, żeby zaśpiewał w tym utworze, ale odpowiedział, że wolałby zachować jedynie udział w jego tworzeniu. I tak zrobiliśmy. W „Deja Vou” zaśpiewał ostatecznie Paul Carrack i zrobił to naprawdę pięknie. Przejmujący, melodyjny, ciepły głos wokalisty Mike & The Mechanics, wespół z podniosłym chórem i płaczącą gitarą Hacketta sprawiły, że ta refleksyjna ballada jest jednym z najbardziej poruszających momentów na „Genesis Revisited”.





 Z powodu pośpiechu na płycie znalazły się też dwie solowe kompozycje Hacketta „Valley of the Kings” i „Riding the Collosus”, nad której melodią Steve pracował już w...1962 roku. W genesisowym towarzystwie sprawdza się szczególnie „Dolina Królów”, instrumentalna faworytka Billa Bruforda, przenosząca podobnie jak kiedyś „The Steppes”, w świat melodyki „egipskiej”. Jest to dźwiękowa fantazja na temat budowy piramid.

„Genesis Revisited” to bardzo dobry album. Mimo, że zawiera utwory z różnych okresów, o różnym potencjale gatunkowym, śpiewane przez kilku wokalistów, nie ma tu mowy o chaosie, czy braku konsekwencji. Hackett poukładał genesisowe i solowe puzzle w pejzaż wielobarwny, ale spójny, połączony charakterystyczną dla siebie niewidzialną, emocjonalną nicią. Wydawnictwo spotkało się z ciepłym przyjęciem fanów i krytyków. W przeważającej opinii część przearanżowanych tu utworów brzmi nawet ciekawiej niż w wersjach oryginalnych. Hacketta rzecz jasna bardzo cieszyły takie recenzje. Także uważam, że niektóre wersje są lepsze – mówił z uśmiechem. – Pomyślałem, że muszą zabrzmieć fantastycznie, bo inaczej cały projekt nie miałby sensu. Po co nagrywać utwory na nowo, jeśli miałyby zabrzmieć tak samo albo nawet gorzej. Na szczęście dla mnie część materiału Genesis została nagrana w pośpiechu, przy napiętym budżecie i równie napiętym harmonogramie. Teraz chciałem osiągnąć autentyczne orkiestrowe brzmienie, mogłem zaangażować prawdziwą orkiestrę symfoniczną i połączyć ją z dźwiękami Mellotronu tak płynnie, aby nie było słychać „szwów”.

Duża trasa promująca „Genesis Revisited” nie wchodziła w grę. Na albumie pojawiło się zbyt dużo różnych, zwykle zapracowanych muzyków, dlatego skrzyknięcie koncertowego składu na kilkumiesięczny objazd Europy i Stanów Zjednoczonych okazało się zbyt trudne do zorganizowania. Szczęście uśmiechnęło się tylko do Japończyków, którzy nie dość, że rok przed resztą świata otrzymali płytę, to jeszcze kilka miesięcy po premierze mieli okazję zobaczyć ówczesny „All Stars” Band Steve’a na żywo. Hackettowi udało się dopasować wszystkie terminy w taki sposób, żeby w drugiej połowie grudnia 1996 roku bez kłopotów pojawić się w kraju kwitnącej wiśni razem z kilkoma znanymi i uznanymi kolegami. 

Zespół w składzie: Steve (gitara, wokal), John Wetton (bas, wokal), Julian Colbeck (klawisze), Ian MacDonald (saksofon, flet), Chester Thompson (perkusja) dotarł do Japonii 11 grudnia. Kilka pierwszych dni muzycy spędzili na intensywnych próbach, a następnie dali cztery koncerty odpowiednio w Tokio, Osace i Nagoi[1]. Set tamtych występów prezentował się następująco:

Watcher Of The Skies / Riding The Colossus / Firth Of Fifth / Battle Lines / Camino Royale / In The Court of the Crimson King / Horizons / Walking Away From Rainbows / Heat Of The Moment / In That Quiet Earth / A Vampyre With A Healthy Appetite / I Talk To The Wind / Shadow Of The Hierophant / Los Endos / Black Light / The Steppes / I Know What I Like

            W czasie kiedy Azjaci cieszyli się już nowym albumem i koncertami, europejscy fani ciągle czekali na oficjalną premierę płyty. „Genesis Revisited” ukazała się na Starym Kontynencie ostatecznie we wrześniu 1997 roku, a jej repertuar różnił się odrobinę od japońskiej wersji. Z zestawu zniknął „Riding the Collosus”, a w jego miejsce pojawił się kolejny genesisowy klasyk „Los Endos”. Hackett dokończył pracę na nim już po ukazaniu się płyty w Azji. Długo ważyły się losy składu personalnego w przypadku tej kompozycji. Podobno Steve był już „po słowie” z Tonym Banksem, początkowo wykazującym zainteresowanie współpracą przy przearanżowaniu „Los Endos”. Do ponownego połączenia sił niestety ostatecznie nie doszło.

            Etap rewizyty ładnie zamyka i podsumowuje wydawnictwo koncertowe „Tokyo Tapes”, które ujrzało światło dzienne w wersjach audio (podwójne CD) i wizualnej (VHS i DVD) w kwietniu 1998 roku. Piękny to dokument upamiętniający hackettowy powrót w progi repertuaru Genesis i jego współpracę z żywymi legendami progresywnej sceny lat siedemdziesiątych. Obok Hacketta mamy tu znamienitych muzyków: Johna Wettona, Iana MacDonalda, Chester Thompsona i Juliana Colbecka, a repertuar który Panowie wykonali to istne święto rocka progresywnego. Poniekąd była to promocja „Genesis Revisited” (aż pięć utworów z japońskiej wersji tej płyty), ale oprócz klasyków z dorobku Genesis, pojawiły się oczywiście utwory solowe Steve’a oraz (i tu ciekawostka) kompozycje King Crimson i Asii. Klasyk goni klasyk. Piękny to koncert złożony prawie wyłącznie z utworów wybitnych, pełnych emocji, artrockowej elegancji, świetnie wykonanych. Trudno tu jakikolwiek fragment wyróżnić. Ten występ jest doskonały od pierwszych do ostatnich sekund. Album uzupełniają dwa nagrania studyjne – instrumentalne tematy na przyzwoitym hackettowym poziomie. Szczególnie może podobać się pierwszy z nich - „Firewall”, w którym Steve wykorzystuje niepokojącą, klasyczną melodię, a regularnie powtarzana zagrywka gitary wprowadza charakterystyczny klimat w typowym dla gitarzysty stylu.

„Tokyo Tapes” to niewątpliwie jedna z najlepszych koncertówek Hacketta (jeśli nie najlepsza) na której umieszczono doskonałe wykonania najpiękniejszych i najważniejszych utworów stworzonych przez Steve’a, bądź też napisanych z jego udziałem do połowy lat dziewięćdziesiątych. Klasy i niepowtarzalności dodają wydawnictwu kompozycje z dorobku innych artystów i udział znanych (i uznanych) instrumentalistów. To jedna z tych płyt, która zachwyci nie tylko fanów gitarzysty.


[1] Jak miała pokazać przyszłość, były to ostatnie występy Juliana Colbecka, który zdecydował się zakończyć karierę sceniczną. Komentował później swoją decyzję: Rozejrzałem się wówczas po scenie i zobaczyłem grupkę starszych Panów, ze mną na czele. Rock to gra dla młodych ludzi...

wtorek, 15 lutego 2011

Steve Hackett zagra we Wrocławiu

29 kwietnia we wrocławskiej hali Orbita będzie okazja zobaczyć i usłyszeć Steve'a Hacketta w wydaniu akustycznym. Czego można się spodziewać? Towarzyszyć mistrzowi będą zapewne jego stali kompani - klawiszowiec Roger King i flecista Rob Townsend. Akustyczne trio powinno zaserwować około 30 kompozycji zarówno z repertuaru Genesis ("Horizons", "Blood on the Rooftops") ale przede wszystkim z solowych albumów Steve'a. Hackett jest znany ze swojej wielkiej miłości do muzyki klasycznej i do gitarowych miniatur czerpiących z nastroju dokonań takich twórców jak Eric Satie, czy Andres Segovia. Jego kunszt i wrażliwość można podziwiać na albumach złożonych wyłącznie z krótkich form klasyczno - akustycznych. Płyty "Bay of Kings", "Momentum", czy "Sketches of Satie" to małe arcydzieła. Ciekawe jak ta urokliwa, uduchowiona, kunsztowna muzyka zabrzmi w murach Orbity. To będzie wieczór dla tych wszystkich, którzy chcą od muzyki "czegoś więcej".