czwartek, 12 lipca 2012

Wspomnienie Syda Barretta

Przy okazji trasy Queen odżyła stara dyskusja na temat - czy zespół bez swojego twórczego / scenicznego / mentalnego lider ma prawo funkcjonować. Wychodzę z założenia, że nie ma ludzi niezastąpionych, są tylko wygodne przyzwyczajenia... niemniej jednak - nie każdego jest łatwo zastąpić, a zdarzają się też takie brylanty, które nawet gdy znikają - nie da się o nich zapomnieć. Freddie niewątpliwie jest jednym z takich brylantów. Brylantów, czy może raczej.... diamentów? No właśnie, bo felieton nie miał być o Freddiem, ale o Sydzie Barrett'cie, pierwszym liderze Pink Floyd. 7 lipca minęła szósta rocznica jego śmierci.



Syd Barrett to jeden z największych paradoksów w historii muzyki rockowej. Gdyby nie on, zespół Pink Floyd nigdy by nie powstał, ale z drugiej strony, gdyby się go w porę z grupy nie pozbyto, szyld przepadłby zapewne rok po debiucie. Z taką samą siłą tworzył i niszczył. Naturalny dar tworzenia, odwaga przekraczania granic, charyzma to jego zalety. Głównym atutem mogła być jego wrażliwość, która już ma to do siebie, ze potrafi być atutem i siłą, ale też słabością i "piętą achillesową". Syd, gdy panował nad wrażliwością, malował i komponował utwory, które w 1967 roku wypełniły debiut Pink Floyd - album "The Piper At the Gates of Dawn". Gdy nie panował - szukał ukojenia w narkotykowych "tripach". Nie mógł wiedzieć, że to wyzwalacz drzemiącej w nim choroby psychicznej.

Nie ma przesady w stwierdzeniu, że stworzył Pink Floyd. Pal licho, że wymyślił nazwę, ale przede wszystkim wskazał grupie niezwykle intrygującą i oryginalną przestrzeń muzyczną, którą Flojdzi - już bez niego - przez kilka następnych lat konsekwentnie i ze znakomitym skutkiem eksploatowali. Sam w 1970 roku, po zaledwie trzech latach intensywnej twórczej działalności - był maksymalnie wyeksploatowany. Niezdolny do tworzenia, a co gorsza nawet samodzielnego życia. Dwie wydane płyty solowe świadczyły raczej o jego pogłębiającej się chorobie psychicznej, niż o nieprzeciętnym talencie.

Ostatecznie poddał się leczeniu i wrócił do rodzinnego Cambridge, gdzie zamieszkał z matką. Znów sięgnął po pędzel i zaczął malować. O rocku niemalże zapomniał. Malując słuchał jazzu. W domu nie trzymał nawet nagranych przez siebie płyt. Nie rozmawiał o Pink Floyd. Sprawiało mu to przykrość. Przez lata 80te, 90te, aż do 2006 roku wiódł spokojne życie. Unikał mediów, nie utrzymywał właściwie żadnych konaktów ze światem rockowym. Czasami odwiedzał go David Gilmour, jego następca w Pink Floyd. Barrett zmarł 7 lipca 2006 roku w wieku 60 lat.

W "Shine on You Crazy Diamond", poświęconym mu utworze Pink Floyd , koledzy śpiewali: przebiegłeś swój debiut z beztroską precyzją / poniósł cię chłodny wiatr.... Niestety na udanym debiucie poprzestał. Nie rozwinął skrzydeł.

Nie wiem, jak wielu jest artystów, którzy ugięli się pod ciężarem własnego talentu i wrażliwości, własnej nieokiełznanej wyobraźni, ale zawsze żałuję, kiedy przepadają, przegrywając walkę z osobistymi demonami, odbierając tym samym możliwość obcowania w ich, często wspaniałych, wyimaginowanych światach. Odskoczniach od szarej, nudnej rzeczywistości... Barrett stał się jedną z najbardziej bolesnych "czarnych dziur" w historii rocka i popkultury. Był jednym z tych "niezastąpionych". Shine On!



wtorek, 10 lipca 2012

Daniel Bloom we Wrocławiu i jego "Muzyka z filmów"




26 lipca na dziedzińcu wrocławskiego Arsenału wystąpi Daniel Bloom, jeden z najciekawszych polskich kompozytorów muzyki filmowej. Pod koniec ubiegłego roku do sklepów trafił minibox podsumowujący jego dotychczasowy dorobek.

"Muzyka z filmów" niestety nie jest zbiorem wszystkich ścieżek dźwiękowych skomponowanych przez Blooma. Na trzy płyty trafiły dwa pełne albumy i jedna kompilacja. Dla tych, którzy znają i cenią Blooma za dźwięki napisane do filmów "Tulipany" i "Wszystko co kocham" przeznaczony jest przede wszystkim ten trzeci dysk. To tu tematy "Capri Man", "Jeszcze raz II", "Ten Czas", czy "Wszystko co kocham" przeplatają się z wyjątkami z soundtracku do "Ciacha" i serialu "Mrok". W sumie piętnaście tracków, składających się na 45-minutową podróż przez ostatnie osiem lat muzycznego życia Daniela Blooma.  Mimo, że jest to zbiór kompozycji z różnych filmów towarzyszy płycie jakaś sympatyczna i przekonująca nić łącząca te utwory. Być może spoiwem jest tu niebanalny klimat i cała gama różnorodnych uczuć zawartych w dźwiękach. Różnorodność nie oznacza tu bynajmniej braku konsekwencji, czy logiki. Bloom to inteligentny, najwyraźniej bardzo wrażliwy kompozytor, który nie tylko potrafi "doprawić" obraz filmowy, ale także dać muzyce jak najwięcej siebie. Efekt jest taki, że w każdym utworze - obojętnie czy jest to jazzowy utwór z "Tulipanów", ambientowy pejzaż z "Wszystko co Kocham", czy miłosna ballada z "Ciacha" - słychać, że dźwięki wyszły spod palców Daniela Blooma.

Dwa poprzednie dyski zawierają kompletne płyty z muzyką stworzoną jeszcze pod szyldem Physical Love (trio w którego skład wchodzili Bloom, jego starszy brat Jacek Borcuch i Jacek Drzycimski) na potrzeby filmów "Kallafiorr" (debiut reżyserski Jacka Borcucha z 1999 roku) i nie zrobionego ostatecznie "S.O.S Kosmos"(2002). Są to rzeczy mniej znane, choć swego czasu i w pewnych kręgach otoczone swoistym kultem. Bloom już wówczas - a mamy tu do czynienia z muzyką tworzoną między 1998 a 2002 rokiem - czarował różnorodnością. Bazą jest odważnie wykorzystana elektronika. Bloom większość brzmień opiera na syntezatorach i keyboardach. Na "Kallafiorrze" pojawiają się echa muzyki techno i synth popu (świetny "Materialize" ma jakby petshopboysowy refren, a dynamiczny "Sport" to inteligentne, nienachalne techno). Są tu też ciekawe i wyjątkowo sprawne zabawy konwencją. Bloom posiada rzadką umiejętność wiarygodnej stylizacji. W "Space Lab" stworzył tak przekonujący klimat starego filmu sensacyjnego z lat 70tych, że trudno powiedzieć, czy to żart kompozytora, czy może Bloom naprawdę pisał muzykę do serialu "Ulice San Francisco".

Jeśli "Kallafiorr" to zdecydowanie ścieżka dźwiękowa (efekt ten podsycają jeszcze wstawki - dialogi z filmu) tak "S.O.S Kosmos" brzmi już bardziej jak solowa płyta Blooma. Stylistycznie jest to materiał dużo mniej rozstrzelony, jakby bardziej mroczny, momentami odrobinę ambientowy (świetny "Land of the Tarts"). Przeważają tematy instrumentalno - wokalne. Bloom, który sam śpiewa większość utworów umiejętnie wykorzystuje głos, jako kolejny instrument. Śpiewa ostrożnie, z przyjemną dla ucha leniwą manierą, czasami uderzając w "dostojnie-monumentalne"  rejestry spod znaku Davida Bowie. Niektóre utwory to właściwie piosenki w tradycyjnym rozumieniu tego słowa ze zwrotkami i wyrazistymi refrenami. Szczególnie pod względem brzmienia i melodyki są one intrygujące. Nienachalne melodie idealnie komponują się z leniwym wokalem i zestawem ciekawych, czasami odrobinę "kosmicznych" dźwięków.

Celem miniboxu "Muzyka z filmów" jest prawdopodobnie wypełnienie pewnej luki w obecnej dyskografii Blooma. Kompletne ścieżki do filmów "Tulipany" i "Wszystko co kocham" można kupić na osobnych płytach. "Muzyka z filmów" to z jednej strony "the best of" ostatnich ośmiu lat działalności kompozytora, ale z drugiej strony możliwość do zapoznania się z jego wcześniejszym dorobkiem - nagraniami publikowanymi oryginalnie przed wydaniem kultowych i przełomowych "Tulipanów". Tym samym jest to wydawnictwo, w które powinni się zaopatrzyć wierni sympatycy kompozytora (box ten wypełni im lukę na półeczce z napisem Physical Love) jak i ci, którzy przygodę z twórczością Blooma dopiero zaczynają.

poniedziałek, 9 lipca 2012

O Echoe lada chwila



Muzycy wrocławskiego zespołu Echoe nie próżnują. Dopiero co ukazała się ich debiutancka płyta (zatytułowana po prostu "Echoe") a już mają nagrane cztery nowe utwory z myślą o drugim albumie. Poza tym planują wzmożoną aktywność koncertową na jesień tego roku. Recenzja debiutu Echoe i wywiad z muzykami odpowiednio jutro (tj wtorek) i pojutrze (tj środa) w portalu Kontury.

fragment wywiadu:


(...)Progresja i funky to rzadka kombinacja, można powiedzieć dość oryginalna. Jesteście na dobrej drodze, żeby stworzyć nową jakość. Skąd pomysł na pomieszanie tak różnych stylów?

Tomek: Zawsze miałem poczucie, że muzyka to tak rozległy i intrygujący obszar, że czułbym niedosyt obracając się tylko na jakimś jej małym terenie. To tak jakbyś przez cały czas jadł tylko zupę pomidorową i czasami w ramach szaleństwa pozwolił sobie na rosół.  Poza tym często tak naprawdę nie zakładamy z góry formy utworu. Pozwalamy żeby samo się działo i zaskoczyło nas ostatecznym kształtem.

Michał: Nigdy nie lubiłem gdy artyści zamykali się w jednej formie – to po prostu nudne.

Słuchając „Stoned Dog” pomyślałem, że brzmi to, jakby późny King Crimson spotkał Jamiroquai i Red Hot Chilli Peppers. Oczywiście z dużym przymrużenie oka. Co powiecie na takie porównanie?

Tomek: Na pewno miło to słyszeć ponieważ bardzo lubimy i szanujemy te zespoły.(...)



niedziela, 8 lipca 2012

Queen we Wrocławiu czyli Królowa z lekka zakurzona




To był dobry koncert z bardzo dobrymi fragmentami. Nie obyło się bez chwilowych mielizn i lekkiego przymrużenia oka. Panowie mieli odrobinę niemrawy początek, a największa indywidualność i jedyny człowiek, który miał prawo nazywać siebie wokalistą Queen śpiewał tylko kilka sekund... z telebimu. Merkury'ego wyręczał młody Adam Lambert i kilkukrotnie koledzy - Brian May i Roger Taylor. Ten ostatni zaśpiewał m.in. "These Are the Days of Our Lives". I cały ten  koncert można  by opatrzyć hasłem - to były dni ich życia. Taylora i Maya. Czy może raczej piosenki z ich życia... Mimo wszystko, dobrze było ich zobaczyć w naprawdę świetnie dobranym repertuarze i wysokiej formie wykonawczej. Queen to legenda, może lekko zakurzona i poturbowana wymuszonymi zmianami personalnymi, ale ciągle imponująca, energetyczna, wzruszająca. Aż dziw bierze, że jeden zespół w ciągu dwudziestu kilku lat działalności kompozytorskiej stworzył tak wiele genialnych piosenek. Tak bliskich tak wielu ludziom w tak różnym wieku. Na całym świecie.

Zagrali tych piosenek 25. Siła rażenia wzrastała. Zaczęli od killerów z połowy lat 70, najmocniejsze ciosy zostawiając na drugą połowę koncertu. Szlagier gonił szlagier, hit przeganiał hit. Nawet jeśli jakiś kawałek nie był numerem jeden list przebojów, to na pewno miał status koncertowego klasyku, jak choćby solo gitarowe zaserwowane przez Maya, znane jako fragment "Brighton Rock" z wybitnej koncertówki "Queen Live Killers". W tym repertuarze było wszystko za co muzyczny świat kocha Queen - niepokorność rocka, przepych i nutka kiczu glamrocka, sielskość i swawola country-folku, i chwytliwa melodyka popu. Czarowali tak 125 minut, a gdyby chcieli mogliby drugie tyle, bo choć set naładowany został po brzegi znakomitymi utworami, w selekcji odpadło kilka równie pięknych i zasłużonych kawałków (choćby Innuendo, One Vision, Bicycle Race, Killer Queen... drugi set bym chyba ułożył).

Nie do końca przekonał mnie wokalista Adam Lambert.Gość ma bardzo dobry, mocny głos o imponującej skali, ale - śpiewa trochę za wysoko, ma mniej ciekawą barwę od Merkury'ego i brak mu nieco charyzmy, tej "iskry bożej", której nie można się wyuczyć, nie można w sobie zainstalować. Albo się ją ma, albo nie. Lambert sprawia wrażenie świetnie wyszkolonego wokalisty o bardzo pozornej charyzmie. Porwie publiczność na wielkim rockowym show, gdy ma za plecami świetny zespół, w repertuarze hiciory, a nad głową oślepiające jupitery, ale wątpię, żeby zauroczył kogokolwiek siedząc w dżinsach przy fortepianie, albo z akustyczną gitarą przy ognisku. Nie posiada więc tego, co określało geniusz Merkury'ego - naturalnej, niewymuszonej i niewyuczonej muzykalności.

Nie zmienia to jednak faktu, że Lambert nawet na tle tak wybitnych osobowości jak May i Taylor zaprezentował się więcej niż przyzwoicie. Jego współpraca z Queen być może zakończy się na tym tournee, ale kariera muzyczna powinna rozkwitnąć.

Słówko o brzmieniu. Wychodząc ze stadionu nie mogłem odpędzić myśli, że uczestniczyłem w koncercie muzyki pop. Znając brzmienie Queen z klasycznych albumów koncertowych miałem wrażenie, że ten zespół brzmi ciężej i ostrzej - niemalże hardrockowo. We Wrocławiu wszelkie zadziory zostały jakby przypiłowane.... złudzenie, po zbyt głośnym i brudnym dźwięku supportującej Queen Mony ? być może, ale niewykluczone też, że zespół Queen jest nieco inaczej nagłaśniany niż dwadzieścia pięć - trzydzieści lat temu. Dziś pod względem targetu Królowa gra chyba raczej w lidze z Georgem Michaelam i Stingiem niż z Deep Purple... ale to rzecz jasna nie zarzut.

wrocławska setlista:

Flash (playback) / Seven Seas of Rhye / Keep Yourself Alive / We Will Rock You (wersja rockowa) / Fat Bottomed Girls / Don't Stop Me Now / Under Pressure / I Want It All / Who Wants to Live Forever / A Kind of Magic / These Are the Days of Our Lives / Love of My Live / '39 / Dragon Attack / Drum solo / Guitar solo (Brighton Rock) / Last Horizon / I Want to Break Free / Another One Bites the Dust / Radio Ga Ga / Somebody to Love / Crazy Little Thing Called Love / The Show Must Go On / Bohemian Rhapsody - bis - Tie Your Mother Down / We Will Rock You (wersja rytmiczna) / We Are the Champions / God Save the Queen (playback).




poniedziałek, 2 lipca 2012

Przyjedzie walec i wyrówna



Finał Euro za nami. Ekipy sprzątają fanzony. Europa wróciła do domów. Maciej Kurzajewski zszedł z wedlowskiego dachu. Czy to już czas, żeby powiedzieć, że byliśmy świadkami najsłabszego pod względem piłkarskim turnieju od wielu lat?

Blamaż polskich piłkarzy, którym nawet gospodarskie ściany nie były w stanie pomóc, to nie największe rozczarowanie. Dużo większym jest mizerny poziom całego turnieju. Znikoma ilość prawdziwie emocjonujących meczów i pięknych bramek. Do bólu przewidywalne rozstrzygnięcia. I wreszcie - chyba najbardziej smutne - brak błysku gwiazd. Zawiedli znani wirtuozi, prawdopodobnie przemęczeni długim sezonem ligowym i pucharowym. Co gorsza - nie objawił się też żaden nowy, wielki talent... chyba pierwszy raz byłem świadkiem mistrzostw (a śledziłem wszystkie począwszy od włoskiego mundialu w 1990 roku), które nie wypromowałyby nowego, wybitnego zawodnika. Choć pewnie i tak nie zatrzyma to transferowej karuzeli....

Europa rozjechała się do domów, a my zostaliśmy ze swoimi starymi problemami.I tylko krzepią wczorajsze słowa Jacka Gmocha. Przyjedzie walec i wyrówna te wszystkie struktury - powiedział w telewizyjnym studio były reprezentacyjny trener. Nie wiem na czym opiera swoją wiarę i nadzieję, ale oby miał rację, bo na następny gospodarski udział w mistrzostwach poczekamy zapewne minimum trzydzieści lat. Teraz każdy awans, nawet na kolejne słabe mistrzostwa, trzeba będzie wyszarpać na boisku... potrzebny jest walec, który wyrówna struktury odpowiedzialne za to, co działo się w polskiej piłce w ostatnich dwóch latach. A działo się gorzej niż za wyśmiewanej i krytykowanej (słusznie!) ekipy Listkiewicza.  Wyglądajmy gmochowego walca....

pees. tak, wiem że na zdjęciu jest czołg ;)

Echa "nie-spóźnień" na koncerty


Czasami tak jest, że jednym z celów na koncertowy wieczór staje się... spóźnienie. Wszystko przez notoryczne obsuwy i zwykle niezbyt interesujące supporty. Choć miałem taki plan, nie udało mi się spóźnić na styczniowy koncert zespołu Joseph Magazine we wrocławskim Liverpoolu. I całe szczęście, bo przed progmetalowcami zagrał na rozgrzewkę bodaj najciekawszy wrocławski zespół jaki słyszałem od wielu lat - Echoe.

Wyszli na scenę i w ciągu kilku minut przekonali publiczność, że nie są kolejnym trzecioligowym neoprogresywnym zespolikiem. Zagrali kilka piosenek łączących w sobie rozsądne wpływy progresywne z klimatami i rytmami muzyki funky. Rzadka, ale bardzo ciekawa to kombinacja. Kompozycje bogate w ciekawe rozwiązanie, ale nie przeładowane pomysłami. Z dużym przymrużeniem oka - brzmi to jakby późny King Crimson spotkał Jamiroquai i Red Hot Chilli Peppers. Kilka tygodni temu ukazała się debiutancka płyta Echoe - "Indiana Jones". Recenzja na dniach w portalu Kontury.




czwartek, 28 czerwca 2012

Wywiad z Rafałem Żakiem


Rafał Żak, 23 letni multiinstrumentalista, kompozytor i producent, szef jednoosobowego projektu Ordinary Brainwash odpowiedział na moje pytania. A pytałem o różne sprawy, począwszy od genezy nazwy projektu, przez niuanse związane z najnowszą płytą, aż po najnowsze muzyczne odkrycia i szanse na koncerty Ordinary Brainwash.


MN: Debiutowałeś bardzo wcześnie. Mając zaledwie 20 lat napisałeś kilkadziesiąt minut konkretnej, konsekwentnej i utrzymanej na dobrym poziomie muzyki. Nieczęste to zjawisko w tak młodym wieku. Przypomnij w jakich okolicznościach powstawał i ukazywał się Twój debiut.

RŻ: Życie jest krótkie i ulotne i wychodzę z założenia, że szkoda czasu na błahostki. Trzeba działać, rozwijać się i próbować różnych rzeczy. A im wcześniej i intensywniej się zacznie takie podejście do życia kultywować, tym lepiej. Dlatego też nie uważam, żeby mój debiut był bardzo wczesny. Wydaje mi się, że to był optymalny moment w moim życiu na debiut płytowy. Materiał powstawał w trakcie pierwszego roku studiów, z tym, że ponad połowę zrealizowałem dopiero w wakacje. Później, gdy uznałem, że materiał jest skończony, postanowiłem poszukać wydawcy i nawiązałem współpracę z krakowskim Lynx Music. The rest is history…

Co czułeś, kiedy w trójkowym minimaxie jeden z Twoich utworów puścił sam Piotr Kaczkowski?

To był niewątpliwie bardzo ważny moment i w dużym stopniu dał mi siły do podążania tą ścieżką. Wychowywałem się na tej audycji, więc to było dla mnie coś niesamowitego.


Cały wywiad do przeczytania na stronie portalu kulturalnego Kontury: